Share on Facebook0Share on Google+0Tweet about this on TwitterPin on Pinterest0Email this to someonePrint this page

imgres

 

 

 

Reguły globalnej gry: olimpiada i nasz powszedni cyrk

Ladislau Dowbor – 26/09/2016

globalgamecapaTrudno powstrzymać się od myśli, że żyjemy w wielkim cyrku. Kiedy siedzimy na kanapie po dniu ciężkiej pracy oraz wielu godzinach dojazdu do pracy i powrotu z pracy, surrealistyczne opery mydlane na ekranie telewizora przynoszą nam przegląd globalnej gry: tyle a tyle bomb spadło na Syrię, jeszcze więcej uchodźców na granicach, kłopoty z wielką finansjerą, najnowsze gole, które strzelił Lewandowski, dyskusja o tym, jak Rosja powinna brać udział w olimpiadzie w Brazylii lub czy w Rio de Janeiro wszystko się udało. Ach tak – i kto po Wielkiej Brytanii, Węgrzech, Grecji lub Polsce grozi opuszczeniem UE w imię najwyższych ideałów narodowych.

Na pewno jest to gra. Raporty Crédit Suisse i Oxfam pokazują nam wielką przepaść dzielącą właścicieli gry i widzów: 62 miliarderów posiada więcej bogactwa niż najbiedniejsze 50 procent mieszkańców kuli ziemskiej. Czy oni to wszystko produkują? Oczywiście, wszystko zależy od tego, jaką rolę odgrywa się w tej grze. W São Paulo bardzo bogaci, którzy tłoczą się w kondominium Alphaville, są otoczeni zasiekami i strażnikami, gdy tymczasem biedni mieszkańcy sąsiedniego osiedla nazywają je Alphavella. Ktoś musi przyciąć trawę i dostarczyć zakupy.

Zgodnie z globalnym raportem Światowego Funduszu na rzecz Przyrody (WWF) w ciągu czterdziestu lat (1970-2010) zniszczeniu uległo 52 procent dzikiego życia. Wiele źródeł wody jest zanieczyszczonych lub wysycha. Oceany wołają o pomoc, kwitnie klimatyzacja. Lasy wycina się w Indonezji, która przejęła od Amazonii palmę pierwszeństwa jako region wylesiania numer jeden w skali światowej. Europa musi mieć energię odnawialną, tanie mięso i piękny mahoń. Tax Justice Network pokazała, że w rajach podatkowych schowano około 30 bilionów dolarów – zaś globalny PKB wynosił w 2012 r. 73 bilionów. Z kolei Bank Rozrachunków Międzynarodowych w Bazylei pokazuje, że rozmiary derywatów – systemu spekulacyjnego opartego na podstawowych towarach giełdowych – osiągnęły 630 bilionów dolarów, wywołując efekt jojo w cenach najważniejszych surowców. Największa na planecie gra obejmuje zboże, metale żelazne i nieżelazne oraz energię. Towary te są zasadniczo w rękach 16 korporacji, z których większość ma formalnie swoje kwatery główne w Genewie. Jak pisze Jean Ziegler, La Suisse Lave Plus Blanc (Szwajcaria pierze najbardziej na biało). W tej grze nie ma sędziego; znajdujemy się w strzeżonym środowisku. Francuzi świetnie opisuję nasze czasy: on vit une époque formidable, żyjemy w cudownych czasach!

W 2015 r. wykonaliśmy kawał roboty: w Addis Abebie oceniliśmy globalnie, jak finansować rozwój, w Nowym Jorku wytyczyliśmy cele zrównoważonego rozwoju do 2030 r., a w Paryżu konferowaliśmy o zmianie klimatycznej. Jasno przedstawiliśmy wyzwania, rozwiązania i koszty. Nasze globalne równanie jest proste i jasne: biliony dolarów zamrożonych w spekulacji finansowej należy przekierować na finansowanie włączenia społecznego i promować zmianę paradygmatu technologicznego, która pozwoli nam uratować planetę – i oczywiście siebie samych.

Jeśli jednak chodzi o stymulowanie graczy, to kodeks etyczny tego sportu napisały wilki z Wall Street: Greed is Good, Chciwość jest dobra!

Tonąc w statystykach

Toniemy w statystykach. Bank Światowy sugeruje, że należy coś zrobić z następnymi czterema miliardami, to znaczy z taką liczbą istot ludzkich, które „nie mają dostępu do korzyści z globalizacji” – jest to taktowne określenie ubogich. Mamy również miliardy żyjące za niespełna dwa dolary dziennie, a nawet miliard żyjący za niespełna 1,25 dolara dziennie. Organizacja Narodów Zjednoczonych do spraw Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) bardzo dokładnie wskazuje, gdzie mieszka 800 milionów głodujących. Fundusz Narodów Zjednoczonych na rzecz Dzieci (UNICEF) obliczył, że co roku 5 milionów dzieci umiera z powodu niedostatecznego dostępu do żywności lub czystej wody. To około czterech wież nowojorskich dziennie, ale one umierają w ciszy w ubogich okolicach, a ich rodzice są bezsilni.

To prawda, że jest poprawa, ale sęk w tym, że co roku przybywa nam 80 milionów osób – to mniej więcej liczba ludności Egiptu. Warto tu sobie przypomnieć, co to jest miliard, ponieważ nie wszyscy są tego świadomi: kiedy w 1900 r. urodził się mój ojciec, było nas 1,5 miliarda, a teraz jest nas 7,2 miliarda. Nie mówię o starożytności, lecz o swoim ojcu. Ponieważ zaś uświadamianie sobie, co to jest miliarder, nie jest naszym codziennym doświadczeniem, oto inny obrazek: jeśli zainwestujecie miliard dolarów w jakiś fundusz, który wypłaca mierne 5 procent w charakterze odsetek, to zarabiacie 137 tysięcy dolarów dziennie. Tego w żaden sposób nie można wydać, toteż zasilacie więcej kręgów finansowych, stajecie się jeszcze bajeczniej bogaci i zasilacie jeszcze więcej operatorów finansowych.

Inwestowanie w produkty finansowe bardziej się opłaca niż finansowanie produkcji towarów i usług, jak to kiedyś czynili starzy, dobrzy i użyteczni kapitaliści, toteż nie ma sposobu na to, aby dostęp do pieniędzy się ustabilizował, a tym bardziej uległ ograniczeniu. Pieniądze mają naturalną skłonność do gromadzenia się tam, gdzie najłatwiej się mnożą; to część ich natury – i natury bankierów. Pieniądze w rękach tych, którzy znajdują się u dołu piramidy, generują konsumpcję, inwestycje produkcyjne, towary i miejsca pracy.

Na szczycie piramidy pieniądze generują bajecznie bogatych degeneratów, którzy kupują kluby piłkarskie zanim pomyślą w końcu o swojej starości i utworzą organizację pozarządową. Na wszelki wypadek.

Globalny fiks

Wiele osób rozumie, że reguły gry są lipne. Kiedy ci sami bajecznie bogaci ludzie czynią politykom darowizny i w zamian uzyskują ustawodawstwo zgodne z ich rosnącymi potrzebami, czyniąc ze spekulacji, uchylania się od podatków i ogólnej niestabilności strukturalne i legalne zjawisko, konieczny staje się globalny fiks. Lester Brown zrobił swoje kalkulacje ekologiczne i napisał Plan B jasno pokazując, że nasz Plan A jest martwy. Gus Speth, Gar Alperovitz, Jeffrey Sachs i wielu innych pracuje nad The Next System, Następnym Systemem, co implikuje i pokazuje, że obecny system wyszedł poza swoje własne granice.

Joseph Stiglitz i inni ekonomiści wylansowali An Agenda for Shared Prosperity, Program Dzielenia się Dobrobytem, odrzucając „stare modele gospodarcze”: według nich „równość i wyniki gospodarcze stanowią w rzeczywistości komplementarne, a nie przeciwstawne siły”. Francja stworzyła swój ruch Alternatives Economiques, Alternatyw Ekonomicznych; w Wielkiej Brytanii mamy New Economics Foundation, Fundację na rzecz Nowej Ekonomiki, a studenci tradycyjnej ekonomii bojkotują studia na Harwardzie i w innych czołowych uniwersytetach. Mehr licht, więcej światła!

Ubodzy zaś – i to bardzo wyraźnie – mają dość tej gry. Pozostało niewielu izolowanych i ciemnych chłopów, gotowych zadowolić się swoim losem – niezależnie od tego, jaki on jest. Na całym świecie ludzie ubodzy są coraz bardziej świadomi, że dla swoich dzieci mogliby mieć dobrą szkołę, a dla siebie przyzwoity szpital, w którym rodziłyby się ich dzieci. Co więcej widzą w telewizji, że to jest możliwe: w Brazylii 97% gospodarstw domowych ma telewizory, nawet jeśli nie ma przyzwoitych ubikacji.

Czy można spodziewać się, że po drugiej stronie jeziora zwanego Morzem Śródziemnomorskim będziemy mieli pokój, gdy 70% miejsc pracy ma tam nieformalny charakter, a wśród młodzieży bezrobocie przekracza 40% i gdy młodzież ta ogląda w telewizji, jak inni wypoczywają i żyją w dobrobycie tuż po drugiej stronie tego jeziora, w Nicei? Bombardowaliśmy ją stylami życia, które są poza jej zasięgiem. To nie ma sensu i na kurczącej się planecie jest to wybuchowe. Jesteśmy skazani na życie razem, świat jest płaski, to są wyzwania dla nas wszystkich, a inicjatywa musi wyjść od tych, którym lepiej się powodzi. Na szczęście zaś ubodzy nie są już tym, czym byli.

Kultura i współżycie z innymi

Zawsze miałem dużo szersze mniemanie o tym, czym jest kultura, niż wynikałoby to z tradycji „Ach! Rzekł Bach!” Uważam, że kultura obejmuje na przykład przyjemność wynikającą z tego, iż robi się coś razem z innymi, czy to wtedy, kiedy coś się buduje, czy też wtedy, kiedy coś się pisze, lub że można sobie razem pożartować. Współżycie z innymi, życie towarzyskie. Niedawno spędziłem trochę czasu w Warszawie. W letnie weekendy parki i place są tam pełne ludzi i wszędzie odbywają się imprezy kulturalne. Pod gołym niebem mnóstwo osób siedzi na ziemi lub na zwykłych plastikowych krzesłach, a zespół teatralny odgrywa parodię tego, jak traktujemy osoby starsze. Mało pieniędzy, a duża radość. Nieco dalej w różnych częściach Łazienek liczne zespoły grają muzykę jazzową lub klasyczną, tam również ludzie siedzą na trawie lub na zaimprowizowanych krzesłach, wokół zaś biegają dzieci.

Kiedy w Brazylii ministrem kultury był Gilberto Gil, prowadzono nową politykę kulturalną polegającą na tworzeniu Pontos de Cultura. Każda grupa młodych ludzi, która chciała utworzyć zespół, mogła poprosić o wsparcie, uzyskać instrumenty muzyczne czy coś innego, czego potrzebowała, oraz organizować koncerty czy produkować się w Internecie. Powstały tysiące zespołów – pobudzanie kreatywności wymaga małych pieniędzy; wygląda na to, że młodzi ludzie mają ją we krwi.

Politykę tę silnie atakował przemysł muzyczny twierdząc, że odbieramy chleb od ust zawodowym artystom. On nie chce kultury, on chce być przemysłem rozrywkowym i robić interesy. Na szczęście to się załamuje lub co najmniej życie kulturalne znów się odradza. Biznes ma niezwykłą umiejętność psucia zabawy.

W 2016 r. karnawał w São Paulo był niesamowity. Zatoczył pełne koło – zaimprowizowana, wyzwolona kreatywność powróciła na ulice po tym, jak moguł komunikacyjny Rede Globo oswoił go i zamienił w zdyscyplinowaną i drogą imprezę przemysłu rozrywkowego. Ludzie wyszli na ulice i urządzili w całym mieście setki imprez – znów działo się to pośród ludowego chaosu, który nigdy nie zanikł w Salvadorze, Recife i innych biedniejszych regionach kraju. Karnawał przemysłu rozrywkowego nadal odbywa się, rzecz jasna, i turyści płacą za oglądanie tego oślepiającego i bogatego spektaklu, ale prawdziwa zabawa jest gdzie indziej – tam, gdzie każdy odzyskał prawo do tańca i śpiewu.

Postawa konsumpcyjna

Dość dobrze grałem w piłkę nożną i lubiłem chodzić z ojcem na mecze Corinthians na tradycyjnym stadionie Pacaembu w São Paulo. To były magiczne chwile i na całe życie pozostały po niech wspomnienia. Głównie jednak graliśmy między sobą, kiedy i gdzie tylko się dało, w prawdziwą czy zaimprowizowaną piłkę. Nie jest to tęsknota za dobrymi starymi czasami, lecz niejasne poczucie, że kiedy sport sprowadza się do oglądania wielkich atletów, którzy w telewizji robią wielkie rzeczy, a my pałaszujemy jakieś przysmaki i popijamy je piwem, to już nie tylko sport, ale również kultura w najszerszym znaczeniu tego słowa stają się sprawą produkcji i konsumpcji, a nie czymś, co nas kreuje.

W Toronto zdumiał mnie widok wielu ludzi – młodszych i starszych – grających w piłkę w tak wielu miejscach, gdyż wszędzie można tam znaleźć otwarte przestrzenie publiczne. Wydaje się, że przynajmniej w sporcie nadal potrafią oni bawić się razem. To jednak nie jest, oczywiście, główny nurt. Przemysł rozrywkowy wdarł się do każdego domu na świecie, do każdego komputera, telefonu komórkowego, autobusu, do każdej poczekalni. Jesteśmy terminalem, węzłem w szerzeniu się swojego rodzaju gigantycznej i dziwnej globalnej paplaniny.

Z oczywistymi wyjątkami tę globalną paplaninę finansuje reklama. Ogromny przemysł reklamowy jest zasadniczo finansowany przez garść gigantów korporacyjnych, których strategia przetrwania i ekspansji opiera się na ludziach stających się zasadniczo konsumentami. System ten działa, ponieważ posłusznie przyswajamy sobie zachowania konsumpcyjne – zamiast grać muzykę, malować krajobraz, śpiewać z przyjaciółmi, grać w piłkę czy pływać ze swoimi dziećmi w publicznym basenie.

Banda konsumpcyjnych frajerów

Jesteśmy bandą konsumpcyjnych frajerów z dwu- czy trzypokojowymi mieszkaniami, kanapą, telewizją, komputerem i telefonem komórkowym – i oglądamy to, co robią inni.

Komu potrzebna jest rodzina? W Brazylii średnie małżeństwo trwa czternaście lat i się rozpada, średnia to 3,1 osoby na gospodarstwo domowe. Europa nas wyprzedza, gdyż na gospodarstwo domowe przypada 2,4 osoby. W Stanach Zjednoczonych tylko 25% gospodarstw domowych składa się z pary z dziećmi. To samo w Szwecji. Kwitnie otyłość – dzięki kanapie, lodówce, telewizorowi i przysmakom. Kwitnie również dziecięca chirurgia bariatryczna – danina składana konsumpcjonizmowi. Można kupić sobie pulsometr i mierzyć, jak szybko bije serce po przejściu dwustu metrów. Informację dostaje nasz lekarz, online.

O co tu chodzi? Postrzegam kulturę jako sposób organizacji naszego życia. Rodzina, praca, sport, muzyka, taniec – to wszystko, co mówi mi, czy moje życie jest coś warte. Czytam książki, mam sjestę po objedzie, tak jak powinna ją mieć każda cywilizowana istota ludzka. Wszystkie ssaki śpią po jedzeniu, natomiast my jesteśmy jedynymi śmiesznymi istotami dwunożnymi, które po posiłku zabierają się do pracy. Oczywiście, mamy ten cholerny PKB. Te wszystkie przyjemności, o których wspomniałem, a już tym bardziej moja sjesta na hamaku, nie przyczyniają się do wzrostu PKB. One powodują jedynie wzrost jakości naszego życia. PKB jest tak ważny, że w Wielkiej Brytanii włączono do niego szacunki prostytucji i handlu narkotykami, aby poprawić stopę wzrostu. Jeśli pomyśleć o stylu życia, który budujemy, Wielka Brytania może mieć rację.

Powinniśmy stanąć oko w oko z rzeczywistością. Wyklęty lud ziemi nie zniknie, budowa murów i zasieków nic nie załatwi, katastrofa klimatyczna nas nie ominie, jeśli nie stawimy czoła naszemu miksowi technologicznemu i energetycznemu, pieniądze nie będą napływały tam, gdzie powinny, jeśli tego nie uregulujemy, ludzie nie stworzą takiej siły politycznej, jaka byłaby w stanie wesprzeć konieczne zmiany, dopóki nie będą efektywnie poinformowani o naszych strukturalnych wyzwaniach. Tymczasem olimpiada i MSN (Messi, Suarez, Neymar dla analfabetów) będą zabawiać nas, siedzących na kanapie. Tak jak, szczerze mówiąc, autora tego artykułu. Sursum corda.

 

Artykuł ukazał się w Culture Report, tom 8: EUNIC Yearbook 2016, A Global Game – Sport, Culture, Development and Foreign Policy. Oryginał po angielsku http://dowbor.org/2016/08/l-dowbor-the-rules-of-the-global-game-culture-report-eunic-2016-isbn978-3-95829-198-0.html/

 

Ladislau Dowbor jest ekonomistą. Wykłada na Papieskim Uniwersytecie Katolickim São Paulo, współpracuje z licznymi instytucjami rządowymi i nonprofit oraz z rozmaitymi agendami Narodów Zjednoczonych. Jest autorem ponad 40 książek i wielu studiów technicznych w dziedzinie planowania rozwoju. Jego publikacje znajdują się w całości i w wolnym dostępie do użytku niekomercyjnego (Creative Commons) na portalu http://dowbor.org Ci, którzy mają poczucie humoru, mogą przeczytać na http://dowbor.org/2010/04/the-ten-commandments-apr.html/ zaktualizowaną i poprawioną edycję Dziesięciu Przykazań.