Share on Facebook1Share on Google+0Tweet about this on TwitterPin on Pinterest0Email this to someonePrint this page

Jak zarybisz, tak złowisz

Ladislau Dowbor, doradca byłego prezydenta Brazylii Luli da Silvy, o tym, jak się wychodzi z kryzysu i wprawia w ruch gospodarkę, oraz o rewolucji kobiet i hamujących rozwój korporacjach

Rozmowa Jacka Żakowskiego z Ladisaluem Dowborem została opublikowana w 35 numerze POLITYKI. Przedstawiamy rozszerzoną wersję tekstu.

Jacek Żakowski: Jakim cudem Lula dokonał takiego cudu?
Ladislau Dowbor: Którego cudu?

Brazylijskiego. Kiedy Zachód tonie, potęga krajów BRIC rośnie. W Rosji i Chinach kosztem praw człowieka i eksplozji wykluczenia. W Indiach za cenę rosnących nierówności i napięć politycznych. Brazylia jednocześnie szybko się bogaci i zmniejsza nierówności. Jak to robicie?
Mieszając różne polityki.

Czyli?
Dziesięć lat temu system był nastawiony na gwarantowanie przywilejów. To powodowało koncentrację bogactwa i hamowało rozwój. Mieliśmy też beztroską eksploatację środowiska. Nikt nie pilnował ile drzew rąbie się w Amazonii i ile się wpuszcza chemikaliów do rzek. Katastrofa społeczna i ekologiczna wisiała w powietrzu. Rósł tak zwany czwarty świat. Mieliśmy sześćdziesiąt milionów osób bez dochodu, własności, adresu, konta bankowego. Już poprzednik Luli, prezydent Cardoso, zauważył, że co trzeci obywatel Brazylii żyje poza systemem.

I co?
Rozbudował opiekę społeczną. Ale to jest niewyobrażalna skala. Jak dotrzeć z pomocą do 60 mln osób, które nie mają adresu, zwykle nie umieją czytać, dzieci nie posyłają do szkoły? Między rządem a nimi było 5600 gmin. Po drodze pieniądze się rozpływały.

Byłem w Sao Paulo, kiedy Lula wygrał pierwszą kadencję prezydencką. Na Avenue Paulista zebrało się z milion ludzi. Morze czerwonych flag. Portrety Luli obok Fidela, Che, Marksa.
Lula la! Lula tak!

Nad tym entuzjazmem wisiała wizja katastrofy. Real słabł z dnia na dzień. Gazety straszyły, że Lula to komunista. Zniszczy gospodarkę, rozda ziemię biedakom, zrujnuje kraj. Pytanie, czy wojsko obali Lulę, nie było abstrakcyjne. Dziś światowe gazety, które dziesięć lat temu pisały, że Lula to dla Brazylii koniec, piszą o brazylijskim cudzie. Lula zdradził?
Nie! Ale na każdym spotkaniu z doradcami, w którym brałem udział, powtarzał: „nie ważne, jak daleko chcielibyśmy iść. Ważne, jak daleko możemy”. Zanim objął władzę, podpisał deklarację, że zobowiązania poprzedniego rządu zachowają moc. Zrobił to bez oporów. Nie chciał rewolucji. Chciał zmiany. Wiedział, że to wymaga potwierdzenia zobowiązań jego poprzedników.

Jakich zobowiązań?
Przede wszystkim oprocentowania długu publicznego. To jest specyficznie brazylijski problem. Od prezydenta Cardoso obligacje rządowe były kupowane wyłącznie przez banki na podstawie specjalnej umowy określającej odsetki. Za oszczędności zdeponowane w banku dostawałem 8 proc. rocznie. A bank kupował za nie rządowe obligacje i państwo płaciło mu 25 proc. Fantastyczne kwoty płynęły do klasy tak zwanych rencista, czyli rentierów.

Lula tego nie zmienił?
Naruszyłby interesy bardzo wpływowej grupy. Chodzi o dług wynoszący ponad bilion reali, czyli prawie dwa biliony złotych. W Brazylii każdy wie, że jak pędzi się krowy przez rzekę, to jedną trzeba zabić i dać na pożarcie piraniom. Piranie się na nią rzucą i inne krowy przejdą niepokaleczone. Lula rzucił oprocentowanie długu na pożarcie. Uprzywilejowani poczuli się bezpieczni. Dzięki temu nie zablokowali programów dla najbiedniejszych. Dopiero w zeszłym roku poczuł się dość silny, żeby naruszyć ten układ i odebrać uprzywilejowanym bankom monopol na zakup obligacji. Płacił najbogatszym podatek za spokój, ale stopniowo obniżał go do dzisiejszych 12 proc.

Wciąż dwa razy więcej, niż Polska płaci za swoje obligacje.
Ale dzięki temu mógł stopniowo wciągać kolejne miliony ludzi do udziału w rynku. A rozszerzający się rynek tworzył nowe miejsca pracy, nowe inwestycje i wzrost gospodarczy. Kiedy Lula zaczynał, mówiono, że Brazylia kręci się na jedną trzecią. Dziś kręci się na dwie trzecie.

Bo Lula wciągnął do rynku „czwarty świat”?
Przede wszystkim jako pierwszy prezydent zrozumiał, że nie może być jednej polityki wobec całego kraju. Wybrał 1200 najbiedniejszych gmin i powołał ministerstwo, które zajmuje się tylko wdrażaniem w nich zintegrowanej polityk społecznej, infrastrukturalnej, gospodarczej, edukacyjnej, zdrowotnej. Działające osobno ministerstwa były w takich miejscach bezradne. Uruchomił program wsparcia dla małych rodzinnych gospodarstw. Zaczynał ostrożnie, od 2.5 mld reali, żeby nie bulwersować bogatych. Teraz to już jest przeszło 14 mld pomocy dla 2,5 mln rodzin. Opozycja stopniowo zrozumiała, że te wydatki to jest inwestycja. Tak jak przekonała się, że podniesienie płacy minimalnej nie dusi gospodarki, ale nakręcając konsumpcję przyspiesza wzrost i dochody przedsiębiorstw. Przez pierwsze siedem lat rządów Luli płaca minimalna realnie wzrosła o ponad połowę. Ponad 26 mln ludzi dostało wyższe płace. A bezrobocie spadło. Wyższa płaca minimalna spowodowała też podwyższenie 18 mln emerytur, których wysokość ustawowo zależy od aktualnych płac. Powstało 14 mln miejsc pracy. Lula przeprowadził rządowy program elektryfikacji w miejscach, gdzie prywatnym firmom nie opłacało się budować infrastruktury, bo ludzie byli za biedni. Za elektrycznością przyszły małe firmy, ale też lodówki, telewizory, komputery. Cała gospodarka na tym skorzystała. Prąd włączył miliony ludzi w rynek. Dał im nie tylko możliwości, ale też aspiracje. Jak masz lodówkę, starasz się ją zapełnić. Jak masz telewizor, widzisz, że można żyć inaczej. I próbujesz.

Jak dostajesz wędkę, starasz się złowić lepsze życie.
Ale muszą być ryby w rzece. Ludzie muszą widzieć, że mogą złowić ryby wystarczająco duże, by zmieniły ich los. Lula stopniowo wpuszczał coraz większe ryby do brazylijskiej rzeki. Stworzył program stypendialny, dzięki któremu studiuje 600 tys. dzieci z najbiedniejszych rodzin. Także dzieci analfabetów, które urodziły się w okolicach bez prądu.

I stąd wziął się cud?
Ze stu pięćdziesięciu tego rodzaju programów, które stopniowo wchłaniają kolejne grupy do normalnego systemu ekonomicznego. To by się nie udało, zmianę przeprowadziła państwowa biurokracja. Lula wziął ludzi z ruchów społecznych. Setki tysięcy osób z lokalnych i regionalnych, świeckich i religijnych grup dostało pieniądze na wdrażanie rządowych programów.

Dziesięć lat temu Brazylia była w takiej sytuacji, jak dziś Grecja, a pan mówi o gigantycznych programach kosztujących monstrualne pieniądze. Krach wisiał w powietrzu. A tu przychodzi Lula, robi wielkie wydatki i kraj kwitnie.
Na początku były bardzo
Więcej pod adresem http://www.polityka.pl/swiat/rozmowy/1518772,1,z-ladislau-dowborem-doradca-bylego-prezydenta-brazyli.read#ixzz2fTgnFBPI