Share on Facebook0Share on Google+1Tweet about this on TwitterPin on Pinterest0Email this to someonePrint this page

Debata o PKB: nasze rachunki są błędne

 

Ladislau Dowbor

Marzec 2013 r.

 

Wzrost dla wzrostu to filozofia komórki nowotworowej.

Transparent wywieszony przez studentów

nad wejściem na pewną konferencję ekonomiczną

 

Jak wszystkim wiadomo, PKB to produkt krajowy brutto. Dla zwykłego śmiertelnika, który nie prowadzi rachunków makroekonomicznych, wzrost PKB oznacza, że rosną szanse na tworzenie nowych miejsc pracy, natomiast jego spadek oznacza, że rośnie zagrożenie bezrobociem. Dla rządu rosnący PKB oznacza, że będzie można wygrać wybory, a spadający – że się je przegra. Dla dziennikarzy zarówno wzrost, jak i spadek PKB, to optymalna okazja, aby stworzyć wrażenie, że wiedzą, o co chodzi. Dla tych, których niepokoi niszczenie środowiska, PKB to powód do rozpaczy. Dla ekonomisty, który firmuje ten artykuł, to okazja do krytyki czegoś, co jest rachunkowością zniekształconą w sposób wołający o pomstę do nieba.

Posłużmy się przykładem alternatywnej rachunkowości, zwanej SzKB. Jest to skrót od szczęścia krajowego brutto. Rzecz w tym, że mnóstwo ludzi na całym świecie, w tym techników z pierwszych szeregów krajowych i międzynarodowych, męczy to, że działalność gospodarczą kalkuluje się nie uwzględniając interesów społeczeństwa i równowagi ekologicznej lub uwzględniając je w bardzo niewielkim stopniu. Czyż można powiedzieć, że gospodarka się rozwija, kiedy ludziom się nie wiedzie? Bo jeśli można, to w takim razie czemu służy gospodarka?

W Brazylii dyskusja na ten temat rozgorzała niedawno – szczególnie przyczynił się do niej WRS, wskaźnik rozwoju społecznego, który poza PKB obejmuje oczekiwaną długość życia (ochronę zdrowia) i poziom wykształcenia. Ukazały się we Francji dwie książki o podstawowym znaczeniu – Na nowo przemyśleć bogactwo (Repenser la richesse) Patricka Viveret oraz Nowe wskaźniki bogactwa (Nouveaux indicateurs de richesse) Jeana Gadrey i Florence Jany-Catrice. Są również inne inicjatywy – od wskaźników jakości rozwoju, którymi posługuje się brazylijski Instytut Stosowanych Badań Gospodarczych (IPEA), po zintegrowane systemy wskaźników życia w miastach, stosowane przez Sieć Nasze São Paulo (Rede Nossa São Paulo), Ruch Szczęście Krajowe Brutto (Felicidade Interna Bruta, FIB), oraz prace Hazel Henderson w Stanach Zjednoczonych (The Calvert-Henderson Quality of Life Indicators). One również przyczyniają się do zachodzącej na tym polu zmiany. Liczy się to, że zaczynamy zmieniać nasz system rachunków narodowych.

Ograniczoność PKB widać na przykładach. Wskazany przez Viveret paradoks polega na przykład na tym, ze gdy u wybrzeży Alaski zatonął zbiornikowiec Exxon Valdez, trzeba było wynająć niezliczone przedsiębiorstwa, aby oczyściły brzegi – a to spowodowało w regionie bardzo silny wzrost PKB. Dlaczego zniszczenie środowiska powoduje wzrost PKB? Po prostu dlatego, że PKB to kalkulacja rozmiarów działalności gospodarczej, a to, czy jakaś działalność jest pożyteczna, czy szkodliwa, nie ma znaczenia. PKB mierzy przepływ środków, a nie osiąganie celów. Obecna metodologia ma to do siebie, że zanieczyszczenie środowiska okazuje się optymalne dla gospodarki, a działalność Brazylijskiego Instytutu Środowiska i Odnawialnych Zasobów Naturalnych (IBAMA) jest szkodliwa dla rozwoju. Osoby, które wyrzucają stare opony i kuchenki gazowe do rzeki Tieté, zmuszając państwo do wynajmowania przedsiębiorstw, które zajmują się odmulaniem rzek i ścieków, przyczyniają się do wzrostu produktywności naszego kraju. Czy to jest rachunkowość?

Jeszcze ważniejsze jest to, że PKB nie uwzględnia redukcji zapasów dóbr naturalnych planety. Gdy jakiś kraj eksploatuje swoje złoża ropy naftowej, przedstawia się to jako efektywność gospodarczą, ponieważ wzrasta PKB. Interesujące jest wyrażenie „producenci ropy naftowej”, bo przecież nikomu nigdy nie udało się wyprodukować ropy naftowej – jest to zasób naturalny i jego wydobycie, przyczyniające się do rozwoju ważnej dla ludzkości działalności gospodarczej, jest rzeczą pozytywną, ale zawsze trzeba liczyć się z tym, że zmniejsza ono zapasy zasobów naturalnych, które przekazujemy dzieciom. Od 2003 r. Bank Światowy nie księguje już wydobycia ropy naftowej jako produktu – księguje je jako dekapitalizację, nie po stronie PKB, lecz po stronie oszczędności narodowych. Jest to rzecz elementarna, bo przecież gdyby jakieś przedsiębiorstwo czy jakiś rząd złożyły na koniec roku swoje rachunki, w których nie uwzględniłyby zmian w zapasach, rachunki te niechybnie by odrzucono. To, że nie księgujemy zużycia dóbr nieodnawialnych, które trwonimy, radykalnie zniekształca organizację naszych priorytetów. Mówiąc po prostu, mamy do czynienia z zasadniczo błędną rachunkowością.

Różnicę między środkami a celami jasno widać w dziedzinie ochrony zdrowia. Na przykład Duszpasterstwo Dzieci (Pastoral da Criança) brazylijskiego Kościoła katolickiego realizuje szeroki program profilaktyki zdrowotnej, którym, za pośrednictwem sieci 450 tysięcy wolontariuszy, obejmuje miliony dzieci do szóstego roku życia. Tam, gdzie działa, jego zasługą jest spadek umieralności dzieci o 50 proc. i spadek ich hospitalizacji o 80 proc. W rezultacie mniej dzieci choruje, co sprawia, że spożywa się mniej leków i w mniejszym stopniu korzysta się z usług szpitalnych i że rodziny są szczęśliwsze. Natomiast z punktu widzenia systemu rachunkowości narodowej wygląda to zupełnie inaczej: wraz ze spadkiem spożycia leków, wykorzystania karetek pogotowia i szpitalnictwa i zmniejszeniem się liczby godzin pracy lekarzy, zmniejsza się również PKB. Czy celem jest jednak zwiększenie PKB, czy poprawa stanu zdrowia (i dobrobytu) rodzin?

Wszyscy wiedzą, że z punktu widzenia analizy kosztów i korzyści profilaktyka zdrowotna jest produktywniejsza niż lecznictwo i szpitalnictwo. Natomiast z punktu widzenia przedsiębiorstwa prowadzącego działalność lukratywną – handlującego lekami lub pobierającego opłaty za każdy dzień pobytu w szpitalu – liczy się wzrost PKB i większy zysk. Jest to różnica między służbą zdrowia a przemysłem chorobowym. Z prywatystycznego punktu widzenia, brak chorych to brak klientów. Żaden z gigantów, których w skali międzynarodowej nazywa się „big pharma”, nie inwestuje poważnie w produkcję szczepionek, a tym bardziej w produkcję szczepionek zapobiegających chorobom, które szerzą się wśród ubogich. Spojrzenie na problem pod tym kątem to ważna rzecz, bo pozwala dostrzec, że nie jest to niewinna dyskusja – że ci, którzy opowiadają się za postępem, utożsamiając go ze wzrostem PKB, w rzeczywistości chcą, aby wydatkowano więcej środków, a nie – aby osiągano lepsze wyniki. Jak już bowiem powiedzieliśmy, PKB nie mierzy wyników, lecz przepływy środków. Po angielsku łatwiej jest to zrozumieć, bo chodzi o różnicę między „output” a „outcome”.

Równie ważne jest to, abyśmy byli świadomi, że pracy 450 tysięcy wolontariuszy z Duszpasterstwa Dzieci nie księguje się jako wkładu do PKB. Ze zdroworozsądkowego punktu widzenia nie jest to działalność gospodarcza, lecz dobroczynna. Tymczasem administratorzy tego duszpasterstwa uczą się już, jak korygować urzędową rachunkowość. Kalkulują redukcję wydatków na leki, która przekłada się na wzrost oszczędności rodzin – zaoszczędzone na lekach pieniądze wydają one na inne cele. W tak skorygowanej rachunkowości pieniądze, których nie wydano na leki, przekładają się zatem na wzrost dochodów rodzinnych. Dobrze przespane noce u boku zdrowych dzieci przekładają się na poprawę jakości życia, a więc na coś niezwykle pozytywnego, co w ostatecznym rachunku jest celem naszych wysiłków, jak również pomaga gospodarce. Kanada, która stawia na publiczną służbę zdrowia i na profilaktykę zdrowotną, wydaje rocznie 3,3 tysiące dolarów na osobę na cele zdrowotne i pod względem wyników zajmuje pierwsze miejsce w świecie. Stany Zjednoczone, które postawiły na przeważnie prywatne lecznictwo, wydają 7,3 tysiące i pod względem wyników znajdują się daleko w tyle za Kanadą. Z dumą obnoszą się jednak ze swoimi wydatkami na ochronę zdrowia, które stanowią 18,1 proc. PKB, bo rzekomo świadczą one o podejmowanych przez nie wysiłkach. Im środki w tej dziedzinie są mniej efektywne, tym większy jest wkład do PKB.

Inny sposób na zapewnienie wzrostu PKB to ograniczanie dostępu do dóbr bezpłatnych. Na Riviera de São Lourenço, koło miasta Santos, nie ma już wolnego wstępu na plaże – za darmo można wedrzeć się tam jedynie na siłę. Obramkowanie bardzo przyczyniło się w tym miejscu do wzrostu PKB, bo ludzie muszą płacić za coś, do czego dawniej mieli bezpłatny dostęp. Gdy plaże są bezpłatne, PKB tam nie rośnie. Dziś w regionie tym bilbordy reklamowe „oferują” nam cudowne plaże i fale morskie – tak jakby ktoś je tam wyprodukował. Dążenie do ograniczenia naszej ruchliwości, wolnej przestrzeni spacerowej, bezpłatnej rozrywki, którą służy nam przyroda, generuje coś, co dziś nazywa się „gospodarką mytową” czy „bramkową” – jest to sfera działalności przedsiębiorstw, które zwiększają PKB ograniczając dostęp do dóbr. My ubożejemy, a PKB rośnie.

Jest to szczególnie groźne w przypadku dostępu do wiedzy. Jest to dziedzina, do której ostatnio odnoszą się znakomite studia – Wiek dostępu (The Age of Access) Jeremy Rifkina, Przyszłość idei (The Future of Ideas) Lawrence’a Lessiga, Niematerialne (L’immatériel) André Gorza czy Wikinomika (Wikinomics) Dona Tapscotta. Grupa badaczy z Uniwersytetu São Paulo, z Pablo Ortellado i innymi profesorami na czele, zbadała dostęp studentów do książek akademickich – okazuje się, że większość zalecanych lektur nie mieści się w możliwościach materialnych studentów (80 proc. z nich pochodzi z rodzin, które zarabiają do pięciu płac minimalnych), a nakłady 30 proc. zalecanych książek są wyczerpane. W epoce wiedzy nasze brazylijskie wyższe uczelnie z pierwszej linii pracują przy pomocy kserówek pojedynczych rozdziałów poszczególnych książek i robią z nas naukowych ufoludków, gdy tymczasem MIT, główny ośrodek badawczy w Stanach Zjednoczonych, w całości udostępnia wykłady w sieci, w ramach OpenCourseWare (OCW). W ślad za MIT stworzono system MOOC (Mass Online Open Course), EDX w Harwardzie, CORE (China Open Resources for Education) w Chinach itp. Dziś copyrights obowiązują nawet 90 lat po śmierci autora. Mówi się, rzecz jasna, że są to „prawa autorskie”, a tymczasem w rzeczywistości chodzi o prawa wydawców – pośredników.

To niezwykłe zjawisko – z jednej strony inwestujemy ogromne środki publiczne i prywatne w edukację, a z drugiej strony przedsiębiorstwa starają się ograniczać dostęp do książek i czasopism, które do tego są nieodzowne. Czy celem jest zapewnienie wydawnictwom zysków, które przyczyniają się do wzrostu PKB, czy też lepszych wyników nauczania poprzez stwarzanie ułatwień i zachęt do nauki zamiast ściągania z niej haraczy? W tym przypadku również mamy do czynienia z „gospodarką mytową”, polegającą na uniemożliwianiu bezpłatności tam, gdzie pozwalają na nią nowe technologie (dostęp do sieci), pod pretekstem konieczności wynagradzania producentów wiedzy[1].

Inny przejaw deformacji rachunkowości to nieliczenie czasu, którym dysponują ludzie. W naszej książce pt. Demokracja ekonomiczna jest rozdział Gospodarowanie czasem. Książka ta jest dostępna w sieci, bezpłatnie. Jest tam mowa o tym, że czas to par excellence nasz zasób nieodnawialny. Gdy jakaś firma każe nam stać w kolejne, kalkuluje: kolejka to koszt dla klienta i nie można nim zbytnio go obciążać. Urzędnik, w kolejce do którego stoi klient, to jednak koszt dla firmy, toteż, zamiast zatrudnić jeszcze jednego urzędnika, warto, aby klient postał w kolejce. Nazywa się to eksternalizacją kosztów. Wyobraźmy sobie, że wartość jednej godziny czasu wolnego ludności czynnej zawodowo wynosi per capita 5 dolarów. Choć produkcja samochodów przyczynia się do wzrostu PKB, jedna godzina stracona z powodu korków na drogach przez 5 milionów osób, które codziennie podróżują do pracy i z pracy w São Paulo, kosztuje 25 milionów dolarów. Wystarczy przeprowadzić taką prostą kalkulację, aby zdać sobie sprawę z gospodarczej efektywności budowy metra i innych infrastruktur transportu zbiorowego. Są to straty wynikające z opcji na rzecz transportu indywidualnego: produkcja samochodów osobowych rzeczywiście zwiększa PKB, ale taka opcja sprawdza się tylko wtedy, gdy dostęp do samochodu ma jedynie mniejszość. Dziś w São Paulo jeździ się na pierwszym i drugim biegu, wykosztowując się na samochód, na benzynę, na ubezpieczenie, na leczenie chorób dróg oddechowych i tracąc czas – dwie godziny czterdzieści minut dziennie. Cztery pierwsze pozycje zwiększają PKB. Ostatniej, straconego czasu, się nie księguje. Wzrasta PKB, maleje ruchliwość. A w końcu – do czego jest samochód?

Rozwiązania alternatywne? Niewątpliwie istnieją i szybko się pojawiają. Nie chodzi o to, aby po prostu zrezygnować z PKB, lecz o to, aby zrozumieć, że mierzy on zaledwie jeden, bardzo ograniczony aspekt – przepływ środków produkcyjnych. Można by powiedzieć, że mierzy prędkość samochodu. Nie mierzy, dokąd jedziemy – mówi nam tylko, czy jedziemy szybko, czy powoli. Nie odpowiada na podstawowe pytania, które zadajemy: po co to wytwarzamy, jakie są tego koszty, jakie wyrządza to szkody (lub przynosi korzyści) środowisku, dla kogo to robimy? Zwiększanie prędkości gdy nie wiadomo, dokąd się jedzie, nie ma sensu. Rachunki niepełne są błędnymi rachunkami.

W 2008 r., na prośbę rządu francuskiego, utworzono komisję, która miała zająć się mierzeniem wyników ekonomicznych i postępu społecznego, w składzie: Joseph Stiglitz, Amartya Sen i Jean-Paul Fitoussi. Zanim komisja ta przedstawiła gotową propozycję, w swoim raporcie wskazała punkty odniesienia nowego systemu rachunkowości narodowej. Ogólnie rzecz biorąc, chodziło o uwzględnienie tych aspektów rachunków narodowych, które najlepiej reprezentują interesy społeczeństwa: „Czas już położyć w naszym systemie statystycznym większy nacisk na mierzenie dobrobytu społeczeństwa niż na mierzenie produkcji ekonomicznej, a ponadto dobrobyt należy mierzyć w kontekście zrównoważonego rozwoju.”[2] Tak więc, zamiast, jak to było dotychczas, skupiać się na mierzeniu produkcji, należy skupić się na wyniku końcowym – na jakości życia, bardziej zrównoważonej dla przyszłych pokoleń. To, co społeczne i ekologiczne, staje się zatem osią organizującą informację.

Jeśli chodzi o PKB, to zgodnie z raportem Stiglitza, centralną daną powinien być rozporządzalny dochód narodowy netto (net national disposable income), który rozłożony na gospodarstwa domowe pozwala lepiej ocenić wpływ rozwoju gospodarczego na położenie społeczeństwa. Względnie większą niż sektory produkcyjne wagę należy przywiązywać do takich bardziej kluczowych dziś dziedzin, które trudno mierzyć, jak ochrona zdrowia, kultura i edukacja. Uwagę należy zwracać zwłaszcza na dochód gospodarstw domowych, który zapewnia lepszą widoczność stopy życiowej rodzin. Wraz z rachunkowością realnie odzwierciedlającą dystrybucję dochodów, na pierwszy plan wkracza kluczowa kwestia nierówności. Rachunkowość powinna uwzględniać działalność niepieniężną. To, jakie znaczenie ma uwzględnienie kosztów, które ponosi środowisko, widać wyraźnie na obecnym „liczniku”: mierzy on prędkość gospodarki. Tymczasem, aby zmierzyć wynik w samochodzie, nie wystarczy zmierzyć prędkości – należy również spoglądać na paliwomierz, który świeci nieobecnością w naszych rachunkach narodowych.

Raport Stiglitza rozmaicie się ocenia, ale niewątpliwie mamy tu do czynienia z czymś, co ma już ręce i nogi – w przeciwieństwie do strasznie wadliwego PKB. Najbardziej prawdopodobne jest to, że zmieniając rachunkowość narodową, uwzględni się w niej wkład najrozmaitszych środowisk i najrozmaitszych metodologii. Osoby zainteresowane mogą sięgnąć do wspomnianych wyżej prac, a zwłaszcza do pracy Jeana Gadrey, którą cechuje podejście całościowe. Można też wykorzystać moje studium na ten temat, pod tytułem Informacja dla obywateli a zrównoważony rozwój, dostępne na mojej stronie http://dowbor.org. Trzeba być realistą: nie będzie obywateli, jeśli nie będzie odpowiedniej i odpowiednio rozpowszechnianej informacji.

Kończymy tę notatkę techniczną niezmiernie wymownym cytatem z wypowiedzi Roberta Kennedy’ego w 1968 r., kiedy północnoamerykański PKB jeszcze wynosił tylko 800 miliardów dolarów (obecnie, w 2013 r., wynosi ponad 15 bilionów dolarów):

„Wydaje się, że w zbyt dużym stopniu i przez zbyt długi czas sprowadzaliśmy sukces osobisty i wartości wspólnotowe do zwykłej akumulacji rzeczy materialnych. Nasz produkt krajowy brutto to obecnie ponad 800 miliardów dolarów rocznie, ale jeśli oceniamy Stany Zjednoczone Ameryki na podstawie ich produktu krajowego brutto, to należy uświadomić sobie, że dolicza się do niego zanieczyszczanie powietrza i reklamę papierosów, i karetki pogotowia, które sprzątają nasze autostrady po masakrach. Dolicza się specjalne zamki do naszych drzwi i więzienia dla ludzi, którzy je wyłamują. Dolicza się sekwoje i cuda przyrody zniszczone w wyniku chaotycznej ekspansji. Dolicza się napalm, podobnie jak dolicza się głowice jądrowe i samochody pancerne dla policji, która tłumi rozruchy w naszych miastach. Dolicza się karabiny i noże używane przez sprawców masowych morderstw oraz programy telewizyjne, gloryfikujące przemoc po to, aby sprzedawać naszym dzieciom zabawki. Natomiast produkt krajowy brutto nie uwzględnia zdrowia naszych dzieci, jakości ich edukacji i radości, jaką zapewnia im zabawa. Nie uwzględnia piękna naszej poezji czy trwałości naszych związków małżeńskich, poziomu naszych debat publicznych czy uczciwości naszych urzędników państwowych. Nie mierzy się nim ani naszego poczucia humoru, ani naszej odwagi, naszej mądrości ani naszego wykształcenia, naszego miłosierdzia ani naszego oddania krajowi. Krótko mówiąc, mierzy się nim wszystko, z wyjątkiem tego, dla czego warto żyć.”[3]

Od 1968 r. do chwili obecnej PKB Stanów Zjednoczonych odnotował ogromny wzrost, a tymczasem ze wszystkich badań nad zadowoleniem z życia wynika, że ono coraz bardziej się pogarsza. O co więc w końcu chodzi? O to, aby rósł PKB, czy o to, aby lepiej się żyło? I który z tych dwóch celów należy mierzyć? PKB, tak nieprzyzwoicie eksponowany w mediach i w prognozach wymądrzających się ekspertów, zasługuje na sprowadzenie do roli czynnika pomocniczego. Chodzi o to, aby nam lepiej się żyło – taki mamy cel. Gospodarka to tylko środek do celu. Mierzyć należy nasze postępy na drodze ku lepszemu życiu.

 

Ladislau Dowbor uzyskał doktorat w dziedzinie nauk ekonomicznych w Szkole Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie i jest profesorem zwyczajnym na Papieskim Uniwersytecie Katolickim São Paulo oraz konsultantem rozmaitych agend Narodów Zjednoczonych. Jest autorem m.in. książek Rozbita mozaika: Ekonomia poza równaniami (Wydawnictwo Akademickie Dialog) i Demokracja ekonomiczna (Instytut Wydawniczy Książka i Prasa). Jego liczne prace o planowaniu społeczno-gospodarczym – po portugalsku, jak również sporo z nich po polsku i angielsku – są dostępne na http://dowbor.org. Kontakt ladislau@dowbor.org.



[1] Materiały MIT są dostępne na www.ocw.mit.edu. Przedsiębiorstwa, zamiast zabiegać o to, aby uniemożliwić stosowanie nowych technologii, jak czynią to np. operatorzy telefonii komórkowej, którzy walczą z miejską Wi-Fi i prawie bezpłatną łącznością za pośrednictwem skype, powinny myśleć o rekonwersji i świadczyć użyteczne usługi. IBM zarabiał sprzedając komputery i gdy rynek się zdemokratyzował wraz z potanieniem komputerów osobistych, zajął się sprzedażą oprogramowań. Te dziś są tanie lub bezpłatne (sam IBM wybrał Linuxa), toteż firma ta pokazała z kolei, że jest użyteczna, świadcząc usługi w dziedzinie wsparcia informatycznego, zamiast zabraniać wolnych dostępów. Od utrudniania dostępu rośnie PKB, ale ubożeje społeczeństwo.

[2] „The time is ripe for our measurement system to shift emphasis from measuring economic production to measuring people’s well-being. And the measures of well-being should be put in a context of sustainability”. J. Stiglitz et al., Report by the Commission on the Measurement of Economic Performance and Social Progress, wrzesień 2009 r., s. 12 – http://www.stiglitz-sen-fitoussi.fr. Patrz również Mismeasuring Our Lives, Nowy Jork – Londyn, The New Press 2010.

 

Download