Wartość ekonomiczna czasu wolnego[1]

Ladislau Dowbor

22 maja 2010 r.

Czas jest naszym głównym zasobem nieodnawialnym. Jego trwonienie przez nas samych czy przez osoby trzecie jest ogromne. Wszyscy wiemy, że time is money, ale niewiele osób myśli o tym, co porównuje. Czas jest czasem naszego życia. Stracone pieniądze można odzyskać. Ale życie…

Keynes miał bardzo sympatyczną wizję umiłowania pieniędzy. „Umiłowanie pieniędzy jako posiadania – odmienne od umiłowania pieniędzy jako środka pozwalającego uzyskać przyjemności i realia życia – będziemy uważać za to, czym jest: za nieco odrażającą chorobę, jedną z tych na wpół zbrodniczych, na wpół patologicznych skłonności, które z dreszczem zgrozy powierza się specjalistom w dziedzinie chorób umysłowych.”[2]

Rzecz nie w tym, że ignorujemy ekonomiczną wartość czasu. Przedsiębiorca dokładnie kalkuluje czas pracy swoich pracowników, ponieważ ich czas pracy to jego pieniądze. Kuttner opowiada o swojej wizycie w centrum telemarketingu, gdzie telefonistki mają dwie sekundy między jedną rozmową telefoniczną a drugą: gdy miną dwie sekundy, zaczyna się odliczanie czasu. W filmie dokumentalnym The Corporation pokazuje się przedsiębiorstwa, w których w operacjach krawcowych pracujących dla wielkich marek rejestruje się nawet setne części sekundy. Nikt nie liczy w sekundach czasu, który spędzamy w kolejce w banku.

Myśląc o czasie wolnym jako kategorii społeczno-ekonomicznej wkraczamy w sferę nowoczesnej wizji, ponieważ koncentruje się ona na wyniku końcowym – jakości życia. Z ekonomicznego punktu widzenia oznacza to, że nadajemy wartość zarówno czasowi, który nie jest bezpośrednio zakontraktowany przez pracodawcę – i który przedsiębiorstwa uważają za bezpłatny, ponieważ nic ich nie kosztuje – jak i czasowi poświęconemu działalności społecznie użytecznej, ale nie objętej obiegiem pieniężnym – takiej jak opieka nad rodziną, upiększanie naszych ogrodów, zadrzewianie naszych chodników przez chętnych do takich robót sąsiadów itd., ponieważ przyjemność życia ma wartość. Dobry sen też ma wartość. To nasz czas.

Irracjonalność, którą stanowi zła dystrybucja wysiłków, ma surrealistyczny wymiar. Jedna część społeczeństwa jest zrozpaczona nadmiarem pracy, a inna tym, że nie może pracować. W tym znaczeniu minimum zdrowego rozsądku w dystrybucji wysiłków stanowi jeden z podstawowych celów zarządzania społecznego. Pod kątem regulacji gospodarowania czasem dochodzi się do wniosku, że rynek stanowi strukturalnie niewystarczający mechanizm alokacji zasobów pracy, która wymaga powiązanych z sobą rozwiązań systemowych. W tej konstatacji nie ma nic nowego. Jednak w wizji, którą tu sugerujemy, nadając czasowi społecznemu wartość ekonomiczną, bezrobocie przestanie być postrzegane tylko jako żałośnie rozpaczliwa sytuacja nieszczęśników, którzy nie uzyskali dyplomów i nie wykazują się „zatrudnialnością”, lecz będzie postrzegane jako koszt dla społeczeństwa: wartość zmarnowanego czasu może być dużo wyższa niż koszt środków organizacyjnych, które wszystkim zapewnią użyteczną pracę.[3]

Kalkulacja wartości ekonomicznej czasu wolnego może wywrzeć wielki wpływ na sposób, w jaki organizujemy podejmowanie decyzji gospodarczych i przyznajemy priorytet określonym inwestycjom, nie mówiąc już o tym, że może rozwiązać problem włączenia kategorii niepieniężnych do PKB. Najbardziej praktycznym sposobem wyjaśnienia tej metodologii będzie zastosowanie jej do konkretnego przypadku – miasta São Paulo.

Przykład São Paulo

São Paulo ma 11 milionów mieszkańców. PKB tego miasta to 320 miliardów reali. Dzieląc PKB przez liczbę ludności uzyskujemy roczny PKB na jednego mieszkańca, który wynosi 29 tysięcy reali. Jest to już bardzo wysoka suma. Nas jednak interesuje tu to, że na podstawie tej liczby można skalkulować wartość godziny czasu na jednego mieszkańca. Dzieląc 29 tysięcy reali przez 8760 godzin, to znaczy przez liczbę godzin w roku, uzyskujemy wartość w wysokości 3,30 reali (2 dolary). Ogólnie rzecz biorąc, taka byłaby przeciętna wartość godziny życia mieszkańca São Paulo.[4]

Ustalenie podstawowej wartości czasu mieszkańca São Paulo pozwala uzyskać o wiele bardziej realistyczny pogląd na rachunkowość gospodarczą. Zasadniczo pozwala nadać równowartość całej tej działalności, której po prostu nie księgujemy, ponieważ ona nic nie kosztuje i nie jest rejestrowana jako wymiana pieniężna. Poniżej pokażemy, jak taką metodologię można zastosować do miasta. Nie chodzi tu o zastąpienie pojęcia produktu krajowego brutto, lecz o zapewnienie widoczności gospodarczej całej nie podlegającej zaksięgowaniu działalności, która pochłania czas, a nadając równowartość godzinie życia mieszkańca São Paulo, uzupełnimy PKB.[5]

Koszt czasu przejazdu

Wiadomo, że czas stracony na przejazdy jest marnotrawstwem. Z punktu widzenia PKB fakt, że tyle osób musi kupować samochody i – z powodu słabości usług transportu zbiorowego –nieustannie ich używać, skutkuje wzrostem PKB: do jego wzrostu przyczynia się zarówno produkcja samochodów, jak i przyczyniają się, między innymi, spożycie paliwa, wypadki i hospitalizacje. Od 2003 r. Bank Światowy, kalkulując wkład produkcji samochodów do PKB, zaczął odliczać spowodowane przez nią koszty w dziedzinie ochrony zdrowia. W naszym przypadku ujmiemy to szerzej i będziemy uważali, że 6 milionów osób, które stanowią ludność czynną zawodowo w mieście, ponoszą straty tracąc czas na przejazdy, podczas których nie odpoczywają, nie produkują, nie inwestują (jeśli nie liczyć tych niewielu, którzy wykorzystują przymusowe postoje do nauki języków obcych itp.). Jedna godzina stracona przez 6 milionów osób czynnych zawodowo to 6 milionów straconych godzin. Jeśli przyjmujemy, że wartość jednej straconej godziny wynosi 3,30 reala, to znaczy, że na godzinę traci się 19,8 miliona reali.

Zgodnie z wynikami badań przeprowadzonych przez ruch Nossa São Paulo, czynny zawodowo mieszkaniec tego miasta traci na przejazdy 2 godziny 40 minut. Oznacza to, że dzienny koszt straconego z tego tytułu czasu wynosi 52,8 miliona reali (US$32mln.), co świadczy o rozmachu szkód wyrządzanych miastu przez nieefektywność dokonanych w nim wyborów w dziedzinie transportu. Inny sposób na rozważenie takiej kalkulacji jest związany z polityką inwestycyjną. Jeśli São Paulo traci około 20 milionów reali na godzinę z powodu przejazdów, to znaczy to, że gdyby nakłady inwestycyjne na budowę metra i pasów autobusowych zaoszczędziły nam dziennie pół godziny, to codziennie zyskalibyśmy na tym 10 milionów reali. Ponieważ budowa jednokilometrowego odcinka metra kosztuje w przybliżeniu 200 milionów reali, znaczy to, że kalkulując rentowność takiej inwestycji, powinniśmy brać pod uwagę nie tylko wpływy ze sprzedaży biletów, za które zapłacą pasażerowie, ale również rozproszone oszczędności dla całego społeczeństwa. Zaoszczędzając codziennie 10 milionów, co 20 dni pokrywamy koszt budowy jednokilometrowego odcinka metra.

Nie uwzględniając tego, gdy szacuje się wartość inwestycji, popełnia się błąd w kalkulacji. Z mikroekonomicznego punktu widzenia jest ona prawidłowa, ponieważ inwestora interesują jedynie pieniądze, które przyniesie sprzedaż biletów do metra – oszczędności całego społeczeństwa nie trafiają do jego kieszeni. Natomiast z punktu widzenia produktywności systemowej terytorium mamy do czynienia z wyższą racjonalnością, ponieważ to, że ludzie marnują mniej czasu i pieniędzy na przejazdy poprawia sytuację wszystkich. Niekompletna rachunkowość jest błędną rachunkowością.

Koszt bezrobocia

Inny sposób spożytkowania równowartości czasu to oszacowanie bezrobocia. W São Paulo mamy około sześciomilionową ludność czynną zawodowo, z jawnym bezrobociem wynoszącym (zgodnie z kryterium IBGE) 7 proc., a jeśli (zgodnie z kryterium DIEESE) uwzględnimy również tych bezrobotnych, którzy zniechęcili się do poszukiwania pracy, to okaże się, że wynosi ono 14 proc. W takiej gospodarce, jak nasza, to drugie kryterium niewątpliwie jest bardziej realistyczne. 14 proc. z 6 milionów to 840 tysięcy bezrobotnych. Niezależnie od kosztów ludzkich, które to oznacza, w straconych godzinach pracy można ocenić, jaka stratą dla miasta jest bezrobocie. Jeśli skalkulujemy codzienne straty na 8 godzin nie zrealizowanego potencjału pracy, to okaże się, że codziennie tracimy 6,72 miliony godzin. Jeśli zaś pomnożymy je przez 3,30 reala, to okaże się, że codzienne straty wynoszą 22,2 miliona reali.

Gdy występuje się z propozycją stworzenia miejskich usług konserwacyjno-remontowych czy wodno-kanalizacyjnych, zadrzewienia, promocji samobudownictwa i przebudowy mieszkań itd. – przy których pracowników wynagradzałoby się na poziomie płacy minimalnej, to koszt w wysokości 22 milionów reali dziennie staje się inwestycją w jakość życia. Już Celso Furtado mówił, że gdy czyjaś produkcja równa się zeru, to wszelka działalność jest zyskiem. W rzeczywistości uświadomienie sobie, że każda stracona godzina działalności stanowi koszt, pozwala zrozumieć i zaakceptować politykę gwarancji zatrudnienia. Przypisanie równowartości godzinie życia mieszkańca São Paulo pozwala lepiej ocenić, jak wydajemy pieniądze. Organizacja procesu gwarancji zatrudnienia nie stanowi dziś większej zagadki; taką politykę prowadzono przez 10 lat w indyjskim stanie Maharasztra i przyniosła ona dobre rezultaty, a dziś obejmuje się nią całe Indie.

Nie wszyscy będą chcieli pracować za minimalne wynagrodzenie. Dobrze wykształconych bezrobotnych – a jest ich wielu – może wchłonąć edukacja i ochrona zdrowia, ale taki pomysł dziś wywołuje protesty, ponieważ rzekomo powodowałby „opuchliznę machiny publicznej”. Tymczasem okazuje się, że bezrobocie kosztuje i uświadomienie sobie, że kosztuje nas ponad 20 milionów reali dziennie, mogłoby skłonić miasto do większej aktywności na polu promocji zatrudnienia.

 

Wkład wolontariuszy

Inny sposób wykorzystania równowartości czasu to oszacowanie pracy wykonywanej przez wolontariuszy. Dla wielu osób jest to mało ważna, „marginalna” z ekonomicznego punktu widzenia działalność. Znamienny jest pod tym względem przykład Duszpasterstwa Dzieci. Duszpasterstwo to pracuje z 350 tysiącami wolontariuszy i w regionach objętych swoją działalnością doprowadziło do pięćdziesięcioprocentowego spadku śmiertelności dzieci oraz do osiemdziesięcioprocentowego spadku hospitalizacji. Z punktu widzenia tradycyjnej rachunkowości działalność ta nie jest pozytywna – przeciwnie, powodując zmniejszenie spożycia leków, wykorzystania karetek pogotowia i dni hospitalizacji, zmniejsza ona PKB. Nie wynagradzana, nie figuruje w PKB jako pozytywny wkład. Jeśli ocenimy wartość pracy, którą wolontariusze Duszpasterstwa poświęcają dzieciom przez godzinę dziennie, na 3,30 reala, to okaże się, że wkład tego duszpasterstwa wynosi 1 155 tysięcy reali dziennie.

Nie mamy szacunków liczby godzin pracy wolontariuszy w mieście São Paulo. Z pewnością jest ona jednak znaczna i jej oszacowanie na podstawie równowartości godziny pozwoliłoby bardziej realistycznie ocenić wartość działalności prowadzonej w mieście. W każdym razie taka kalkulacja lepiej zrównoważyłaby miejskie decyzje polityczne, przy czym należy pamiętać, że wolontariat szerzy się w kraju wraz z ekspansją organizacji społeczeństwa obywatelskiego, które intensywnie z niego korzystają.

Wkład do pracy w gospodarstwie domowym

Inny ważny potencjał równowartości godziny tkwi w zawsze trudnym oszacowaniu nie wynagradzanej pracy w rodzinie. W klasycznym przykładzie, osoba, która zasadziła, zebrała i sprzedała główkę sałaty, zrealizowała działalność gospodarczą, a osoba, która poszła na zakupy na targ, przywiozła, umyła, przygotowała i podała tę samą sałatę, nie wniosła żadnego wkładu do gospodarki. Natomiast osoba, która kupiła, umyła, przygotowała i podała tę sałatę w restauracji, wniosła wkład do gospodarki. Trudność z oszacowaniem takiej działalności jest szeroko znana. Oszacowanie czasu pracy domowej jest dziś stosunkowo łatwym zadaniem i statystycy potrafią go oszacować – na przykład ci, którzy prowadzą Krajowe Badania Na Próbie Statystycznej Gospodarstw Domowych (PNAD – Pesquisa Nacional por Amostra domiciliar). Nietrudno zbadać na takiej próbie, ile czasu kobiety poświęcają na pracę w ciągu swojego wtórnego dnia roboczego.

W Syntezie Wskaźników Społecznych 1996-2006 sporządzonej przez IBGE stwierdza się, że „jeśli chodzi o przeciętny tydzień pracy domowej, to okazuje się, że kobiety pracują w tej sferze ponad dwukrotnie więcej (24,8 godziny)”[6] Dopóki nie przeprowadzi się odpowiednich badań na próbie statystycznej dla miasta São Paulo, przyjmijmy dla tego miasta średnią brazylijską. Kalkulacja jest prosta: od 11 milionów mieszkańców odejmujemy 2,7 miliona osób poniżej 15 roku życia i 1,3 miliona osób powyżej 60 roku życia. Pozostaje 7 milionów dorosłych w wieku produkcyjnym. Połowa tej populacji to 3,5 miliona (w rzeczywistości kobiet jest trochę więcej niż mężczyzn, ale to nie zmienia znacząco kalkulacji), które poświęcają pracom domowym 24,8 godziny tygodniowo, czyli 3,5 godziny dziennie. Ponieważ wartość jednej godziny pracy wynosi 3,30 reala, 3,5 miliona osób pracujących 3,5 godziny dziennie daje 40,4 miliona reali dziennie. A ponieważ w rodzinie je się i zmywa talerze nawet w niedziele, to gdy 40,4 miliona reali pomnoży się przez 365 dni, okaże się, że w mieście São Paulo kobiety wnoszą do gospodarki miasta 14,7 miliarda reali, co należy dodać do 320 miliardów reali PKB skalkulowanego przez SEADE.

Perspektywy równowartości naszego czasu

Równowartość godziny naszego czasu można wykorzystać jeszcze inaczej. Na przykład, tracimy czas w kolejce w banku. Z punktu widzenia banku, za godzinę pracy urzędnika bankowego się płaci, natomiast za godzinę spędzoną przez klienta w kolejce się nie płaci. Dlatego warto mieć mniej urzędników i dłuższe kolejki. W ekonomii nazywa się to eksternalizacją kosztów. Oczywiście, są tego granice i czasami klienci dają wyraz swojemu oburzeniu. Gdy jednak inne banki prowadzą taką samą politykę, większość stoi w kolejce lub wynajmuje młodych ludzi, których zawodem jest stanie w kolejce. Mnożąc liczbę osób przez czas spędzony w kolejce nietrudno skalkulować dla każdego oddziału banku agencji wartość straconą dla wszystkich – czas, w którym nie odpoczywa się ani się nie pracuje. A młody człowiek, zamiast uczyć się lub bawić, stoi w kolejce.

Podobny nośnik kosztów można skalkulować na podstawie przeciętnego czasu oczekiwania na autobus. Z punktu widzenia przedsiębiorstwa transportowego ideałem jest autobus pełny pasażerów, który zapewnia, że przejazd będzie rentowny. Dlatego nie warto za często jeździć – warto poczekać, aby na przystankach wzrosła liczba pasażerów. Średni czas stracony na oczekiwanie na autobus można skalkulować bez większego trudu. Następnie należy pomnożyć go przez równowartość godziny czasu mieszkańca São Paulo. Gdy kalkuluje się dyspozycyjność środków transportu zbiorowego, prawidłowa rachunkowość wymaga więc wzięcia pod uwagę pełnych kosztów społecznych. I znów – kosztu straconego przez obywatela czasu nie ponosi przedsiębiorstwo. Implikacja jest oczywista – nie wystarczy suma mikroekonomicznych kalkulacji przedsiębiorstw, lecz należy dodać do niej ocenę produktywności systemowej całego miasta.

Bardzo użyteczne byłoby oszacowanie produktywności systemów publicznych czy prywatnych, które obejmują biurokrację, pod względem wartości czasu. Dla określonych podatków kalkuluje się koszt/zysk różnych podatków. Niektóre wymagają od administracji publicznej więcej pracy niż wynosi wartość uzyskanych w jej wyniku zasobów. Należy jednak dodać do tego koszty ponoszone przez obywatela z powodu straconego czasu. Jeśli liczbę podatników i czas, którego wymaga wypełnienie deklaracji podatkowej lub który spędza się w kolejkach pomnoży się przez podstawową równowartość godziny czasu obywatela, to uzyskamy bardziej prawidłowo skalkulowany społeczny koszt poboru podatków. Pewne dokumenty lub procedury biurokratyczne wymagają godzin oczekiwania. Jest to koszt. Stosując rachunkowość straconych godzin, można lepiej zweryfikować produktywność systemu poboru podatków i na tej podstawie postanowić, że zakupi się lepszy sprzęt, który pozwoli skrócić kolejki, lub że uprości się system podatkowy.

Przykłady można mnożyć. Ile kosztuje czas oczekiwania w służbie zdrowia? Ile kosztuje dla obywatela, ale nie dla przedsiębiorstwa, wydzwanianie dziesiątki razy na numer telefonu, na którym tajemniczy głos informuje, że „to połączenie jest dla nas bardzo ważne”? Ważne dla tajemniczych „nas”, ale oczywiście jego koszt obciąża kieszeń użytkownika. Ile kosztuje usługa, którą zamawiamy i która zostanie nam wyświadczona „w godzinach otwarcia”, w których my sami musimy siedzieć w domu i czekać, bo czasu dostawców nie można marnować, a nasz można? Telemarketing kalkuluje swoje koszty na podstawie liczby pracowników i rachunków telefonicznych. A czas stracony przez miliony potencjalnych klientów? Tylko bardzo niewielki odsetek połączeń telefonicznych skutkuje sprzedażą i dlatego trzeba wykonać miliony połączeń. Parę minut straconych przez miliony osób to całkiem poważny koszt straconego czasu, nie mówiąc już o irytacji tych osób. Inne formy reklamy, szczególnie „spam”, to w skali światowej setki milionów straconych godzin, bo trzeba usuwać głupstwa czy odrywać się od pracy, co obniża ogólną produktywność. Koszt ochrony zdrowia będzie pełniejszy, gdy doliczymy dni pracy stracone wskutek chorób. Uwzględniając koszt czasu, przekonalibyśmy się, jak ważne dla produktywności jest inwestowanie w profilaktykę zdrowotną.

Szczególną uwagę należy poświęcić kalkulacjom związanym ze skracaniem czasu pracy. W kalkulacjach przeciwników, którzy uważają, że godzina spędzona poza opłacaną pracą nie ma wartości, wprowadzenie czterdziestogodzinnego tygodnia pracy, a więc zapewnienie pracownikom dwóch dni odpoczynku, oznacza spadek produkcji. Oczywiście, wynika to z tego, że uważają, iż czas spędzony z rodziną, zasłużony odpoczynek, czas wolny nie mają wartości. W rzeczywistości kalkulacja, której dokonują, jest błędna nawet ze ściśle mikroekonomicznego punktu widzenia, ponieważ tam, gdzie skrócono czas pracy, rozszerzyła się działalność gospodarcza związana z czasem wolnym, kulturą, sportem itd. Przy zastosowaniu prezentowanej tu metodologii wzrost czasu wolnego nie ogranicza produkcji, ponieważ zgodnie z nią wartość wolnej godziny kalkuluje się również jako wartość dla ludności.

Metodologia wymagająca zdefiniowania

Opowiadamy się tu za tym, co najprostsze: wartość PKB podzielona przez liczbę ludności daje nam roczny PKB na jednego mieszkańca. Dzieląc go przez liczbę godzin w roku, uzyskujemy wartość godziny na jednego mieszkańca. Można jednak pomyśleć o innych rachunkach. W Stanach Zjednoczonych Steven Davis wyszedł od przeciętnej wartości płacy godzinowej po odliczeniu podatków i przypisał tę wartość godzinie czasu wolnego – około 13,2 dolara. Pięć godzin wolnego czasu więcej w tygodniu to równowartość 3300 dolarów rocznie na jednego pracownika.[7] Z metodologicznego punktu widzenia ważne jest, aby kalkulacja była zrozumiała dla niespecjalistów. Roczny PKB na jednego mieszkańca to coś zrozumiałego – coś, co przyswoiła sobie większość społeczeństwa. Pojęcie czegoś przypadającego na godzinę na jednego mieszkańca również jest zrozumiałe. Jako dzielnika można by używać jedynie liczbę ludności czynnej zawodowo, a nie całej ludności, lub przeciętną liczbę godzin pracy, a nie ogół godzin w roku – co stwarza problem, ponieważ szacujemy wartość wszystkich godzin, w tym godzin czasu wolnego. Nie zmieniłoby to ogólnego sensu szacunku, a tylko sprawiłoby, że trudniej byłoby go zrozumieć.

Z drugiej strony metodologia ta wskazuje na znaczenie regularnych badań na wykorzystaniem czasu w społeczeństwie. W skali międzynarodowej prowadzi się badania budżetu czasu, które w Brazylii dopiero trzeba wprowadzić. Chodzi o nasze najcenniejsze dobro – o czas naszego życia. Jeśli zrozumiemy, jak go wykorzystujemy i jaki jest koszt jego trwonienia, to będzie to miało istotne znaczenie dlatego, że sprawi, iż zaczniemy organizować naszą działalność wokół jakości życia i zaktualizujemy nasza rachunkowość.

 

Ladislau Dowbor uzyskał doktorat w dziedzinie nauk ekonomicznych w Szkole Głównej Planowania i Statystyki w Warszawie. Jest profesorem zwyczajnym na Papieskim Uniwersytecie Katolickim w São Paulo i konsultantem różnych agend Narodów Zjednoczonych oraz autorem m.in. Demokracji ekonomicznej i A reprodução social: propostas para uma gestão descentralizada. Jego liczne prace o planowaniu gospodarczym i społecznym są dostępne na http://dowbor.org. Kontakt



[1] Jest to rozbudowana wersja rozważań zamieszczonych w rozdziale Gospodarowanie czasem naszej książki Demokracja ekonomiczna, Warszawa, Książka i Prasa 2009.

[2] John Maynard Keynes, „Economic Possibilites for Our Grandchildren – (1930)”, w: Essays in Persuasion, Nowy Jork – Londyn, W.W. Norton 1963, s. 358 i nast. W oryginale: „The love of money as a possession – as distinguished from the love of money as a means to the enjoyments and realities of life – will be recognised for what it is, a somewhat disgusting morbidity, one of those semi-criminal, semi-pathological propensities which one hands over with a shudder to the specialists in mental disease” (s. 369).

[3] Na ten temat klasyczna jest książka Guy Aznara, Travailler moins pour travailler tous: 20 propositions, Paryż, Syros 1993przedmowa André Gorza. Już Keynes oburzał się na „olbrzymią anomalię, którą w świecie pełnym potrzeb stanowi bezrobocie”.

[4] Dane fundacji SEADE, www.seade.gov.br/produtos/perfil/perfil.php, Perfil Municipal, São Paulo.

[5] Sam PKB jest przedmiotem przeszacowań na najrozmaitszych forach. O niedostatkach pojęcia PKB pisaliśmy w O debate sobre o PIB: Estamos fazendo a conta errada, http://dowbor.org/09_pibestamosfazendoacontaerrada.doc

[6] Patrz dane w Sintese de Indicadores Sociais 1996-2006 do IBGE, wykres 4.1, i następne strony. O tendencjach do rozpadu rodziny zob. nasz artykuł Ekonomia Rodziny, http://dowbor.org/04ekonomiarodzinyfinal2.doc  na stronie www.dowbor.org

[7] The Economist, 4 lutego 2006 r., s. 29.

 

Download